Po bardzo złym śniadaniu…

Po bardzo złych śniadaniach zawsze są najlepsze kolacje.

Stało się to już rytuałem, że kiedy zjemy coś na szybko, na mieście i na niezbyt smacznie, rekompensujemy sobie z nawiązką. Czasem, chyba nawet z premedytacją, jemy podłe tosty z wyrobem seropodobnym, żeby zaraz potem wściec się, popłakać (tak, tak- złe jedzenie to jeden z bardzo słusznych powodów do płaczu) i wykupić w delikatesach wszystkie cuda świata, obiecujące podniebną, choć w tym przypadku bardziej podniebienną rozkosz.

I tak dziś szybką terapią wiktułową zostały małże świętego Jakuba. Bez zbędnych ceregieli głęboki kryzys kulinarny został zażegnany cienkim linguine z czarnej fasoli, kurkami i przegrzebkami z pięknym koralem, którego broń Was… Święty Jakubie, wyrzucać!

I wszytko w tych ciężkich chwilach miałoby happy end gdyby tylko te terapie, to rozpaczliwe wyciąganie desperatów z głębokich dołów postśniadaniowej frustracji było refundowane…

SKŁADNIKI:

  • 8 małży świętego Jakuba
  • 2 szalotki
  • 2 łyżki masła klarowanego
  • paczka cienkiego makaronu z czarnej fasoli
  • duży ząbek czosnku
  • dwie duże garści kurek
  • sól różowa do smaku
  • tymianek
  • oliwa z oliwek
  • świeżo zmielony pieprz kolorowy
  • gałązki pierzastej pietruszki

PRZEPIS:

Małże czyścimy, uważając aby nie przebić żołądka (czarna część), jednak nie odcinając pomarańczowego korala. Wstawiamy wodę na makaron. Na jednej łyżce masła szklimy cebulę i czosnek. Po chwili dodajemy kurki i dusimy kilka minut z tymiankiem i posiekana pietruszką. W międzyczasie, na wrzątek wrzucamy makaron. Gotujemy al dente. Na osobnej patelni, na drugiej łyżce masła smażymy oczyszczone sanżaki po 2 minuty z każdej strony, przyprawiając je delikatnie solą.

Wszytko gotowe!

Muszle pięknie sprawdzą się do podania małży w elegancki sposób. Makaron kurki i małże doprawiamy już na talerzu odrobiną oliwy i pieprzu.

356214

stopka

 

Jestem na papierze.

Jestem na papierze.

I cieszę się, bo nie da się tego kliknąć. Nie da się przewinąć, ani dać lajka, ani nie da się zgubić w gąszczu zdjęć dzieci sąsiadów, hipsterskich obiadów w knajpach i wakacji w Tunezji.

Można ewentualnie wyrwać stronę, ale czy to nie byłby akt romantyczny?

Jeśli chcecie mnie wyrwać to kupcie Dobre wnętrze .

Czekam tam na wszelkie analogowe akty emocjonalne.

IMG_0479aIMG_0492aIMG_0481a

stopka

Daleko od miasta

Jest takie miejsce…

Śmiało mogę zacząć, że za górami…za lasami…

Jest takie miejsce w Wisłoku Wielkim, gdzie taki wygłodniały natury mieszczuch jak ja, chce zostać na zawsze. Gdzie pachnie świeżym chlebem, a porządku pilnują koty.

Są też tacy ludzie, z którymi, mimo że widzi się ich pierwszy raz w życiu, chce się gadać o wszystkim.

I przez 4 dni pomiędzy jogą, wędrówkami, poszukiwaniem ziół z Panią Jolą i biesiadowaniem w łemkowskiej chyży, przewija się sto jeden historii.

I już wiem, że poważne związki zaczynają się od stanowczego ” chodź się całować”, że uczesanie na Małgorzatę Foremniak, Aniołki Charliego i na pudla, to nie są trendy 2018/2019, że placek, w przeciwieństwie do ciasta, jest zdrowy, że fizyka kwantowa to nie to co myślę, wiem kim byłam w poprzednim wcieleniu (stąd pozdrawiam najpiękniejszego konia w Wisłoku), a już na pewno wiem, że wszyscy ludzie poznają się na Kusocińskiego.

Poza wiedzą niezbędną i ogromnym ciepłem w sercu, z Beskidu Niskiego przywożę najpyszniejsze pod słońcem sery, miody, pieczywo i przetwory.  Jeszcze przez co najmniej tydzień, na śniadania przenoszę się do Wisłockiego stołu.

Podejrzyjcie piękną historie chaty i wspaniałych gospodarzy- Moni i Piotra:

http://chatanadwislokiem.pl/

3 kolczyki

Co zbieram już wiecie.

Przed czym nie mogę się powstrzymać, co z minimalizmem wspólną ma jedynie ilość liter… K o m p u l s y w n i e.. 12-12.  Nic więcej.

Wiecie.

Nie wiecie jeszcze czego nie zbieram.

A ostatnio coraz więcej nie zbieram. To proces świadomy. Ale dziś o tym pierwotnym, wrodzonym.

Nigdy nie lubiłam babskiej biżuterii.

Gdy byłam dzieckiem, z komunijnymi świecidełkami bezkonkurencyjnie wygrał mikroskop i kompas od Ciotki Doroty.

W liceum, z zalewającym rynek tombakowym złotem i cyrkoniami, wygrały agrafki w uszach.

Potem był piercing. Pierwszy robiony samodzielnie- „zakład o przekonanie, że przebiję sobie pępek?” (co za pomysł??!!- nie lubię kolczyków w pępku!!). Honorowo- brzuch zamrożony truskawkami na kompot, cyk- igłą do maszyny… Miesiąc i sam się zlikwidował- mądry organizm, wiedział co robi!

Następnie kolczyk w języku, w brodzie ( Kasia! Mistrz symetrycznego kłucia ❥). W brodzie,to ten co został do dziś, mimo że regularnie go zjadam.

Po liceum długo, długo nic.

Dziury w uszach pozarastane. Brak czucia w części języka. Nic świecącego na ciele. Na palcach tylko paznokcie. Obrączki ślubne -mentalne.

I tak lubię.

I pewnego dnia się budzę i ta Kasia ze środka mi mówi:

– A może kolczyki , takie …normalne?

– Hm… odpowiadam.

-Normalne to nie. Jak mają być jedyne, to niech będą takie, co do mnie zawołają. Choćby z antypodów.

Nie zawołały. Pomachały z Australii.

Zobaczcie!

Tym sposobem mam w sumie 3 kolczyki.

231

stopka

Oszukany hummus

Jak oszukuję to grubo…dodaję kalafiora zamiast ciecierzycy do hummusu i liczę, że nikt nie wezwie policji.

Domowe służby gastronomiczne wykrywają jednak podstęp w zalążku. Zdradza mnie zapach pieczonego kalafiora.

Nie żałuję niczego! Niczego!

SKŁADNIKI:

  • duża głowa kalafiora
  • łyżeczka wędzonej papryki
  • łyżka klarowanego masła
  • duży ząbek czosnku
  • garść płatków kokosowych
  • sól różowa do smaku
  • oliwa z oliwek
  • świeżo zmielony pieprz kolorowy
  • gałązki pierzastej pietruszki do ozdoby

PRZEPIS:

Kalafiora podgotowujemy 5 minut na parze, przekładamy do naczynia żaroodpornego, skrapiamy oliwą i posypujemy wędzoną papryką- na bogato.

W tym czasie prażymy płatki kokosowe na chrupko i złoto.

Kalafior powinien piec się ok 25 minut. Po wyjęciu z piekarnika blendujemy z masłem, czosnkiem i przyprawami. Dekorujemy kokosem i natką.

I już. I o co tyle krzyku?

 

IMG_9639IMG_9641IMG_9642

stopka

Co zbieram ?

Jak człowiek ma złamaną kończynę potrzebną do robienia, to czasem, zaznaczam- czasem, potencjał przenosi się na myślenie.

I tak leżę i myślę… Miło byłoby podzielić się tym co kocham, tak w najczystszej materialnej postaci, co dookoła mnie, co kolekcjonuję. I w pierwszej chwili na myśl przychodzi mi kolekcja najbardziej oczywista , najobszerniejsza… korki.

Ale pozwólcie, że przejdę bez tłumaczenia do myśli z drugiej chwili… ceramika. W większości użytkowa, nietypowa – tu odsyłam do postu poprzedniego i pasty botwinowej, na moich najpiękniejszych talerzach. ❤
Łupy zdobywam bardzo sprawnie , bardzo tanio i bardzo różnie. Mam kilka miejsc, których Wam nie zdradzę, nawet pod groźbą złamania drugiej ręki i widma całkowitego pochłonięcia przez myślenie. Zazwyczaj można mnie spotkać w charity shopach-  ach Mokotowie , dobrze ze masz ich kilka! Zdobywam je z wystawek skandynawskich , na garażówach, na wyprzedażach w szkółkach ceramiki. Czasem dostaję. Wiem gdzie grzebać! Z kolekcją moja relacje mamy bardzo praktyczną- używam jej na co dzień, w większości nie stoi za szkłem w witrynie i nie ścieram z niej kurzy co drugi dzień, muślinową szmatką. Generalnie zmywara i kuchenny barek. Ale skłamałabym, gdybym napisała, że wszystkiego używam do jedzenia, picia, pieczenia, serwowania i sadzenia. Nie kłamię- nie używam.

Jest świnia.

Świni używam do gapienia się. Używam do cieszenia się, a ostatnio użyłam niemalże do rozwiedzenia się. Bo kto normalny robi psu awanturę, że coś zrzucił z półki i potłukł?

No chyba nikt?

A jak wiadomo, emocji w sobie tłumić nie można. Nie można, bo niezdrowo! Awanturę zrobiłam Ernestowi. Ale najpierw skleiłam świnię. Jakbym nie skleiła to raczej rozwód.

IMG_9653

IMG_9669IMG_9658IMG_9660IMG_9661IMG_9663IMG_9670IMG_9671IMG_9675IMG_9681IMG_9685IMG_96866a5a4a2a1a

stopka

Tydzień po, na najładniejszych talerzach.

5 lat po ślubie i 10 lat razem.

Rocznica 13-go w piątek…

Przezornie nie jedliśmy za dużo, a i z domu trochę strach było wyjść. Nie żebym była przesądna, ale pomyślałam, że tydzień później jakoś bezpieczniej. Bo w rocznicę to każdy kocha. Postanowiłam, że sprawdzę czy tydzień później kocha się jakoś mniej, już się nie je na ładnych talerzach, smacznych rzeczy. Czy już tydzień później to ogórkowa z przekiszonych i dresy, i skarpety bez ściągacza, takie w prążki. No i nie. Wyszło na to, że się kocha tak samo, wyciąga najładniejsze talerze i je najlepsze kolacje… bez skarpet.

A najlepsze kolacje to takie :

SKŁADNIKI:

  • porcja dla dwojga bio makaronu orkiszowego
  • różana roladka sera koziego
  • duży pęczek botwiny
  • duży ząbek czosnku
  • garść orzechów włoskich
  • 3 łyżki masła klarowanego
  • oliwa z oliwek
  • sól różowa do smaku
  • świeżo zmielony pieprz kolorowy
  • gałązki czerwonej porzeczki do ozdoby

PRZEPIS:

Na wrzątek wstawiamy makaron orkiszowy. W czasie kiedy makaron się gotuje, siekamy botwinę zostawiając przy buraczkach ok 10 cm naci. Małe buraczki kroimy wzdłuż na połówki. Płuczemy na sicie. Botwinę odsączamy. Buraczki smażymy na łyżce rozgrzanego masła po 2 minuty z każdej strony aż do zarumienienia skórki- w środku będą chrupkie.

Po zdjęciu z patelni zarumienionych buraków, dodajemy łyżkę masła i wrzucamy czosnek, botwinę. Podsmażamy do zwiędnięcia. Delikatnie solimy.

Na patelnię, do botwiny wrzucamy makaron ugotowany al dente. Zdejmujemy z ognia i po chwili dodajemy rozdrobniony różany ser kozi.

Prażymy orzechy.

Na talerzu, na makaron z botwiną układamy młode zarumienione buraczki, orzechy. Wykańczamy oliwą i świeżym pieprzem. Porzeczki ładnie komponują się z całością.

Smacznego  ❥

7213111143489612